Prof. Hubert Borys – Sen ponad sadem
Ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie, gdzie w 1974 roku obronił dyplom z malarstwa. W latach 1974–2020 był dydaktykiem Wydziału Grafiki, prowadząc Pracownię Malarstwa i Rysunku. Brał udział w licznych wystawach w kraju i za granicą. Twórczo związany z rodzinnym Witkowem, które stało się tematem wielu jego prac. Uprawiał malarstwo, grafikę – przede wszystkim linoryt – oraz rysunek. Laureat wielu nagród i wyróżnień artystycznych, wychowawca wielu pokoleń artystów.
Kiedy na początku listopada 2024 r. profesor Hubert Borys odszedł od nas, pomyślałem, że stało się to zbyt niepostrzeżenie. Daleko od Warszawy, daleko od Akademii, kilka lat po przejściu na emeryturę. Te wszystkie elementy sprawiły, że przywołanie pamięci o nim, o jego twórczości, uznałem za oczywisty obowiązek.
Profesor związał swoje życie z ASP w Warszawie na pół wieku. Czas studiów i 46 lat pracy dydaktycznej na Wydziale Grafiki. To doprawdy szmat czasu.
Można by sądzić, że od początku swej artystycznej edukacji przyszłość widział w malarstwie. Dyplom obronił w 1974 roku na Wydziale Malarstwa w pracowni prof. Michała Byliny, ale ze specjalizacją dodatkową w zakresie grafiki warsztatowej u prof. Haliny Chrostowskiej. To właśnie u niej, w pracowni drzeworytu i linorytu, rozpoczął po studiach staż asystencki.
W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku grafika artystyczna przeżywała swój złoty okres, a pracownia Chrostowskiej była prawdziwą kuźnią młodych talentów.
Hubert Borys rozpoczyna samodzielną i niezwykle intensywną pracę graficzną, początkowo w technikach metalowych, z czasem poświęcając się jedynie technice linorytu. Dlaczego „sztuce czarnej”, jak zwykło się wtedy mówić o grafice artystycznej, oddał się niemal całkowicie? Niewątpliwie było to podyktowane podjętą pracą na Wydziale Grafiki i charakterem pracowni. Zawsze uważał, że należy doskonale znać materię przedmiotu, którego się naucza. W każdym razie malarstwo odsunęło się w cień na długie lata.
Technika linorytu pozornie wydaje się prosta – wystarczy kilka elementów… arkusz linoleum, dłuto, wałek, farba, papier. Od tej techniki rozpoczynają swoją graficzną przygodę studenci na Wydziale Grafiki. Już jednak pierwsze cięcia uświadamiają, że to gra z materią oporną i niełatwą do ujarzmienia. Trudno tu wyeliminować błędy po niepewnym cięciu, a uzyskanie stref szarości stanowi nie lada wyzwanie. Dużo łatwiej poruszać się na poziomie wysokich kontrastów czerni i bieli.
Profesor uczynił jednak z tej techniki – z natury twardej i radykalnej – narzędzie absolutnie posłuszne swoim twórczym zamierzeniom. Tworzenie matrycy linorytniczej to proces czasochłonny, ale profesor widział w nim element kontemplacyjny. To swoisty trans, w jaki zapada się twórca, odcinając się od rzeczywistości – cięcie za cięciem, punkt po punkcie. Kogo na to stać we współczesnym, pędzącym świecie? Szczęśliwie jeszcze istnieją takie jednostki. Hubert Borys był tu prawdziwym wirtuozem.
Patrząc na jego grafiki, ma się wrażenie, że matryce zostały utkane z osobliwej pajęczyny, w którą wpadają coraz to nowe formy zaczerpnięte z natury, wątków biblijnych, codzienności i snów… Potrafił tu pogodzić dosadną formę o charakternej czerni z niezwykle subtelnymi materiami szarości i bieli.
Swobodne, długie i mocne cięcia, kształtujące finezję gestu, przenikają ziarniste przestrzenie, budując zazwyczaj dynamiczny spektakl, w którym światło odgrywa niezwykle istotną rolę. To prawdziwy mikrokosmos zdarzeń na pograniczu realności i abstrakcji, gdzie zaciera się granica między widzialnym a niewidzialnym. Zjawiska atmosferyczne bywają tłem, ale również głównym bohaterem. Enigmatyczne nagie figury kroczą dynamicznie przez przestrzeń, jak „Olbrzym” z obrazu Goi, lub trwają w zawieszeniu, pełne erotycznej niejednoznaczności. Mniej lub bardziej zatarte portrety i autoportrety, zwierzęta prawdziwe i te fantastyczne. A zwierzęta uwielbiał, zwłaszcza konie i psy. Pamiętam, jak na plenerach w stadninie koni w Nowych Jankowicach wręcz promieniał, fotografując otaczające nas stado zimnokrwistych olbrzymów.
Świat jego grafik bywał uporządkowany lub pogrążony w zupełnym chaosie i kiedy wydaje się, że już coś się odczytało i zrozumiało, nagle tytuł zbija z tropu.
Profesor swoje życie dzielił na dwa światy. Jeden to rodzinny dom w Witkowie, miasteczku pod Gnieznem, z ogromnym sadem odziedziczonym po ojcu. Drugi to warszawska ASP i mieszkanie-pracownia na Ursynowie. Każdy niemal tydzień w roku akademickim był podzielony na pół. Zajęcia i twórczość (zazwyczaj nocna) w Warszawie – przyjazd we wtorek wieczorem, wyjazd w piątkowe popołudnie… Życie rodzinne i pielęgnacja sadu w drugiej części tygodnia.
Życie w Witkowie karmiło jego twórczą wyobraźnię, bo tam doświadczał natury czystej, wolniejszej od dominacji człowieka. Praca w sadzie, długie spacery po okolicznych polach, wycieczki rowerowe do pobliskiego jeziora, aby zanurzyć się w jego chłodnej toni. I zawsze szkicownik pod ręką.
W warszawskiej pracowni zgromadzone obserwacje zasiedlały powierzchnie matryc, wnikając w ich strukturę – nieodgadnione jeszcze dla widza, ale już doskonale widoczne dla autora. Dopiero odbicie na prasie graficznej lub częściej, w przypadku profesora, łyżką (tak, łyżką!) ujawniało całe misterium stworzenia.
Odwiedziłem dom rodzinny profesora w połowie stycznia 2026 r., a więc ponad rok od jego śmierci. Wszystko, co miało związek z jego twórczością, zostało przywiezione z Warszawy właśnie tutaj. Dzięki uprzejmości pani Ireny Borys, żony profesora, miałem swobodny dostęp do jego artystycznej spuścizny.
Jadąc tam, nie miałem jednak pojęcia, czy pozostało coś po graficznych dokonaniach artysty. Że są obrazy, wiedziałem doskonale, bo zarzucona w młodości materia malarska zdeterminowała twórczość Borysa w dwóch ostatnich dekadach, co znalazło potwierdzenie w wystawach.
Więc jestem.
Pracownia malarska, pomimo upływu czasu, pozostała nietknięta. Na sztaludze duży obraz w trakcie pracy, jeżące się w pojemnikach pędzle, w artystycznym nieładzie farby i palety, na tapczanie książka. Zupełnie tak, jakby przed chwilą wyszedł, a ta rzeczywistość czekała na jego powrót, bo przecież trzeba dokończyć ten obraz…
Pracowni graficznej, tak jak sobie mogłem ją wyobrażać, nie odnalazłem. W surowo umeblowanym pokoju, obok pracowni malarskiej, na stole pod oknem leżała zaczęta matryca, przyciśnięta ciężką metalową linijką. Biurkowa lampka i nic więcej. Nie ma tu żadnych narzędzi czy choćby wiórka linoleum. To chyba jednak ostatnia matryca.
W półmroku wnętrza ledwo odczytuję na jej ciemnej powierzchni strukturę drobnych żłobień i cięć. Bardziej je wyczuwam opuszkami palców, niż widzę. Jest tu natomiast wyraźnie opracowany motyw skrzydlatej postaci. Zadaję sobie pytanie, dlaczego Izyda, egipska bogini płodności, przycupnęła w lewym dolnym rogu tej kompozycji? Jej forma jest jeszcze zbyt surowa jak na styl profesora, wiele tu jeszcze do zrobienia… ale przecież to się już nie dokona i ta świadomość delikatnie ściska gardło.
I jeszcze ta dramatyczna głowa w prawym górnym rogu – właściwie czaszka, niemo krzycząca, jak zapowiedź nieodwracalnego…
Spoglądam przed siebie… za oknem dorodna korona włoskiego orzecha, a za nią rozległy sad. Za niemal każdym oknem widziany z góry sad.
W widnej piwnicy, czy też raczej suterenie, stoi masywna komoda na grafiki. Z ciekawością, ale i niepewnością wysuwam jej szuflady i wydobywam kolejne odbitki. Większości nie znam. Część jest sygnowana, ale spora część sygnatur nie posiada i trudno rozstrzygnąć, czy są to prace finalne.
Nie znajduję niestety tych najbardziej znanych, reprodukowanych na kartach katalogów graficznych. Żałuję, że nie ma „Posłańca” z 1979 r., który inspirował mnie jako początkującego grafika. Jestem jednak uspokojony – miałem teraz do dyspozycji ponad sto pięćdziesiąt motywów graficznych, od lat siedemdziesiątych do 2022 r. Bo chyba właśnie w tym roku powstała ostatnia spełniona grafika. Wisi oprawiona w jednym z pokojów. Przy tytule „Schron” dwie drobne kreseczki w żółcieni i błękicie, a więc niemal na pewno ta praca jest komentarzem do wojny w Ukrainie.
Znajduję w końcu także kilkanaście sztuk typowo graficznych narzędzi: dłutka linorytnicze, chwiejaki do mezzotinty (tu zapewne stosowane do zadrapywania linoleum), jakieś domowym sposobem wykonane szydła, być może do nakłuwania linoleum. Nie jestem jednak przekonany, czy na pewno są to narzędzia, które były intensywnie wykorzystywane w jego pracy. Czuję, że ta kwestia pozostanie już tylko alchemiczną tajemnicą warsztatu profesora.
Pozostaje zobaczyć z bliska sad, wejść w jego strukturę, poczuć go dosadniej. Trochę się przecież o nim nasłuchałem podczas rozmów na wydziale.
Przede mną regularne rzędy owocowych drzew. Stoją tu ciche, spowite mgłą styczniowej odwilży. Gdzieniegdzie jęzory topniejącego śniegu. To wszystko robi wrażenie, a zwłaszcza stare jabłonie – zupełnie jakbym patrzył na „Szare drzewo” Mondriana. Fantazyjnie powywijane gałęzie są jak echo graficznego gestu z prac profesora. Kiedyś to tylko przeczuwałem, teraz byłem już pewny tego źródła inspiracji.
Ponad sadem, na ekranie mgły, pobudzona wyobraźnia wyświetla oglądane przed chwilą powidoki graficznych motywów. Tutaj to tylko mój miraż, ale tam – na grafikach – ten swoisty sen trwa już ciągle i wiecznie, uwięziony w strukturze papieru…
Mogę wracać.
I wracam ze świadomością, że była to podróż do świata mówiącego o odchodzeniu i o tym, co po nas zostaje. Co pozostaje po twórcach…
O muzykach mawia się, że gdy odchodzą, trafiają do największej orkiestry świata. Dokąd odchodzą plastycy? Zapewne do największej pracowni…
Jak powiedział kiedyś znakomity malarz Jerzy Nowosielski do innego znakomitego malarza, Jerzego Tchórzewskiego: „Przejdźmy do pracowni – wiesz, w pracowni jest zawsze coś świętego”.
Styczeń 2026
Dr hab. Piotr Siwczuk, prof. uczelni
Asystent prof. Huberta Borysa w latach 1998–2008
Galeria -1, Pałac Czapskich, Warszawa, ul. Krakowskie Przedmieście 5
Wernisaż wystawy: 17 marca 2026, godz. 18:00
Wystawa trwa do 4 kwietnia 2026
Projekt identyfikacji wizualnej wystawy: prof. Piotr Garlicki